uparte_zwierze w Dalekich Krajach
RSS
piątek, 13 maja 2011
tak, wiem wiem

Wróciłam półtora miesiąca temu i nic nie uzupełniam. Brazylia wciąż we mnie siedzi, niemal nie ma dnia, żebym nie chciała zacząć wypowiedzi od "A w Salvadorze, to..." Zbieram się. Napiszę Wam o cudnych baiańskich kobietach, o salvadorskim bałaganie, autobusach i motocyklach, napiszę Wam, co i jak warto i trzeba. Przyrzekam. Jak się wezmę i zabiorę, to opiszę wszystko..


09:32, uparte_zwierze
Link Komentarze (4) »
sobota, 12 marca 2011
O_O

Ciezko w to uwierzyc, ale dzisiaj pojawilo sie COS na ksztalt CHLODU. Ale nie ludzmy sie: Salvador gorka i dolkiem stoi, wiec wystarczylo mi wrocic do domu (pod koniec drogi zakupujac piwo schin bem gelado i zmrozony sok w postaci geladinho), zebym splynela potem do majtek. Nie mowiac juz o treningu, podczas ktorego ciezko mi bylo robic rzeczy na rekach, bo tak sie slizgalam.
Tym niemniej upal NIECO zelzal. A czasem nawet pada.



Mam rowniez podejrzenia co do tego, dlaczego fejsdupowa Buka jest taka zadowolona z zycia. Grzeje sie, cwaniaczka, na plazy..

O, mam takie same havaiany..

00:19, uparte_zwierze
Link Komentarze (9) »
czwartek, 10 marca 2011
pelo dzien 2.

(Abo sie nie wszystkie zdjecia mieszcza.)


by Dino.


Nieudolnie usiluje ruszyc dupka. (by Dino.)


by Dino, ech..


by Dino.

Machamy karnawalowi i rzucamy sie w wir treningow, hiyaaa!!

23:55, uparte_zwierze
Link Dodaj komentarz »
o tempo do carnaval

Paradoskalnie, w karnawale niewiele sie dzieje. W ciagu dnia. Sklepy sa pozamykane, dzialaja tylko lokalne knajpki (ktorych, tak po prawdzie, jak psow), ulice pustoszeja. Zreszta, jest tak goraco, ze sami spedzamy wiekszosc czasu w domu pod wiatrakiem. Ludzie na ulicach ruszaja sie jak muchy w smole.
Za to wieczorem....
Wieczorem jest szalenstwo. Wszyscy - ale to wszyscy - starsi, mlodsi, sredni, grubi, mniej grubi, sprawni i nie do konca - zaczynaja podrygiwac, wpadac w trans, trzasc pupami i wszystkimi mozliwymi czlonkami. Patrzac na to, zrozumialam karnawal antropologicznie. W Salvadorze widac pierwotne przyczyny karnawalu jak na dloni. Na codzien ciezko zapracowani ludzie, przez tydzien oddaja sie absolutnie szalenczej zabawie. Wszyscy.

W trakcie wszystkich imprez narzucilo mi sie pare porownan. Np. karnawal w Salvadorze to W ZASADZIE cos w typie Openera - sa trzy lokalizacje o roznym programie: Barra/Ondina, Campo Grande i Pelourinho. Barra jest niejako dla najzamozniejszych, to tam wystepuja najwieksze gwiazdy, jak Ivete Sangalo, Daniela Mercury, Chiclete com Banana, czy tegoroczna gwiazda - Superman*. I niby pojawiaja sie tez ci wykonawcy na Campo Grande, ale to z Barra idzie reportaz na zywo w telewizji. Podejrzewam tez, ze na Barra byly najdrozsze bloki**. Na Barra bylo tez najbardziej niebezpiecznie..
Zupelnie inny klimat panowal na Pelourinho. Tam wszystko bylo zrobione najbardziej pod turyste: dominowala muzyka ludowa, mnostwo bebnow i batucad. Bylo tez najbezpieczniej. Ja sie tam czulam najlepiej - nie tylko ze wzgledow bezpieczenstwa, ale glownie ogolnej atmosfery. Umowmy sie: nie przepadam za popularna muzyka brazylisjka. Za to bebny... Ach, bebny wprawiaja w drzenie caly srodek Asla :))
Karnawal przypomina tez tak po prawdzie nieco nasze miejskie imprezy, jakies sylwestry na placach Konstytucji i inne takie. Roznica jest jednak podstawowa: u nas to przyjemnosci zarezerwowane dla grupy osob w przedziale wiekowym, powiedzmy, 16-50. Tutaj: nie ma przedzialow. U nas podskakiwac i szalec mozna mniej wiecej w wieku 16-35. Potem nie wypada. Tutaj: nie ma przedzialow. To bylo dla mnie najpiekniejsze: obserwowanie 70-letnich staruszkow i staruszek krecacych pupkami, wyrzucajacych rece w gore, z rozesmianymi twarzami, tanczacych obok wlasnych wnuczkow. U nas staruszkowie zamknieci sa we wlasnych domach.
Poza tym karnawal w Salvadorze to specyficzne wydarzenie. Mozna w nim uczestniczyc jako czesc bloco, camarote, albo pipoca. Dopoki nie zobaczylam, to nie wiedzialam, o co chodzi :)) Jest tak: w kazdej z lokalizacji wystepuje kilkunastu (-dziesieciu) wykonawcow. Kazdy z nich ma do dyspozycji ciezarowe. Taka ciezarowa ma na szczycie platforme, gdzie odbywaja sie wystepy danego artysty. W bezposredniej bliskosci ciezarowy jest bloco, na ktory mozna kupic wejsciowke, abada, w postaci koszulki. W ten sposob caly blok wyglada mniej wiecej identycznie. (Oczywiscie bardzo wiele osob przerabia swoje koszulki: dziewczyny obcinaja, przewiazuja, zawiajaja na rozne sposoby, chlopacy glownie obcinaja szwy przy szyi i ramionach.) Bloki ograniczone sa linami rozpychanymi przez specjalnie zatrudnione do tego osoby. W innym przypadku blok zostalby zgnieciony przez pipokow. Pipoca - to my. Osoby, ktore calkiem za darmo moga ogladac karnawal. Nie musimy isc w paradzie, po prostu stoimy sobie w miejscu i uczestniczymy w mikrokoncertach (zazwyczaj nie wiecej, niz 20min. co pol godz.), ktore przejezdzaja obok nas. Camarote to VIP-pipoka :)) Maja swoje trybuny, cywilizowane miejse na siusiu i latwy i szybki dostep do piwa. I wlasne koszulki.
Wszyscy sie mieszaja, przechodza, razem tancza, pija piwo. (Furore robila oferta Skol: cztery puszeczki - piriguete - za piec reali.) Mieszaja sie z odpustowymi sprzedawcami bialo-niebieskich koralikow, kwiatkow na sznurku, swiecacych swiecidelek i waty cukrowej.

Zeby oddac jednak sprawiedliwosc, musze przyznac, ze jak na moj europejski, rozpuszczony Openerami gust, organizacja pozostawiala wieeeele do zyczenia. Autobusy stawaly w korkach, z toalety strach byl korzystac, na plaze Barra juz nigdy nie pojde po tym, co widzialam co sie tam dzieje w karnawale. Smieci to ogolny problem Salvadoru, ale w karnawale problem ten osiagal calkiem nowy poziom. Nie wiem, czy kiedykolwiek przyzwyczaje sie do rzucania puszek pod stopy...

Karnawal trwal szesc dni: od Tlustego Czwartku do ranka Srody Popielcowej. Jak dlamnie - wystarczylyby trzy dni, po jednym na jedna lokalizacje. Bardzo sie ciesze, ze widzialam, ze dotknelam i polizalam, ale juz dobrze, ze koniec. Bo w karnawale nie dziala nic, nawet capoeira, a mi sie juz bardzo chcialo na trening :))


*Tak, ja wiem, przecietny Polak nie ma pojecia o czym pisze, ale Polak, ktory choc troche interesuje sie kultura brazylijska i/lub uczeszcza na takiez imprezy - otwiera oczy ze zdumienia :))

**Zara bedzie o blokach.

Barra:


Wielka ciezarowa ze scena, otoczona pipokami.


Trybuny camarotes.


Zdaje sie, ze z bloku Timbalady.


Nawet BluMeni byli! Ale oni tu reklamuja siec komorkowa.


Artysta z jednego z blokow.




Mnostwo mezczyzn przebieralo sie za kobiety.


Superman spiewa axe :))


Ania, Felipe e eu.


Na tylach..


...i wszyscy ci ludzie poszli na plaze sikac :/

Tymczasem na Pelourinho:


23:26, uparte_zwierze
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 28 lutego 2011
na razie sie zgadza

Jechanie na drugi koniec swiata do swojego chlopaka ma pewne niezaprzeczalne zalety. Mozesz zostawic wszystkei cztery aparaty w domu, dokumenty na wierzchu, dolary walajace sie na lozku i nikt ich nie ruszy. Oprowadzi cie po swoim bairro, pokaze sasiadom i nikt cie nie ruszy. Na plazy odpedza za ciebie natretnych baianczykow probujacych ci wcisnac wszystko od fotela, przez parasol po piwo i pareo. Zna wszelkie zakamarki i wie, gdzie daja najtansze i najzajebistsze açai. Zaprowadzi cie na uliczke, na ktorej Marymary dostalaby oczu jak japonska kreskowka. Najzwyczajniej w swiecie pieknie sie toba zaopiekuje.

Pod warunkiem, oczywiscie, ze nie jest szalony jak szczypiorek i np. nie zdecyduje, ze na lotnisko przyjedzie... motocyklem. A ty masz MEGAGIGA wielka walize i dwie sztuki bagazu podrecznego. W trakcie podrozy, podczas ktorej udami sciskasz siedzisko, a rekami z tylu obejmujesz MEGAGIGA wielka walize, pocisz sie jeszcze bardziej, niz w czasie przemieszczania sie z Europy do Ameryki Poludniowej. I zastanawiasz sie, czy bardziej nienawidzisz trzypasmowej drogi szybkiego ruchu, czy waskich, niemal pionowych uliczek. A chlopak, oczywiscie, przez cala droge mowi, ze nie ma sie czego bac, ze 'Popatrz, samochodem stalibysmy w tym wielkim korku, a tak to, myk myk i przejezdzamy sobie miedzy nimi. Trzymaj walize.' Zsiadasz i trzesa ci sie kolanka.

Tym niemniej liczba startow i ladowan sie zgodzila, rowiez liczba wsiasc i zsiasc z motocyklu, waliza przezyla wszystko, ja rowniez. Salvador przywital mnie pieknie :))


Aleja Oceanska przygotowuje sie do karnawalu.


Prawie jak w Pekinie!


23:35, uparte_zwierze
Link Komentarze (12) »
sobota, 26 lutego 2011
90%

Jest taki jeden myk w podróżowaniu.
Bo niby człowiek jest szczęśliwy, kupuje bilety, planuje, pakuje, kupuje kremy. Siedzi na walizce ostatniego dnia. Przestępuje z nóżki na nóżkę, czeka na ten pierwszy start, a najbardziej na to ostatnie lądowanie, na to ziarenko w brzuchu. Na ten pierwszy chuch parnego powietrza. Człowiek jest szczęśliwy, bo uwielbia podróżować.
Ale ostatniej nocy człowiek leży w łóżku i myśli, że jutro o tej porze nie będzie tu nikogo. Że dom zostanie sam, a kota wywiozą w inną część miasta. Że niewiele godzin po ostatnim lądowaniu umilknie nakręcany budzik i przez miesiąc nic nie zakłóci ciszy. Dom będzie sam, będzie czekał. Kot nie będzie sam, ale będzie tęsknił. Człowiek ma nadzieję, że szybko się przyzwyczai do tymczasowego miejsca i do drugiego kota-terrorysty.
Człowiek leży i serce mu się ściska. Tak samo się ściskało ponad dwadzieścia lat temu w wakacje u dziadków, kiedy się myślało o mamie.
To jest ten myk w podróżach: zawsze trzeba coś zostawić. Ale człowiek lubi ten ścisk, tę tęsknotę za kotem i domem. Bo człowiek w podróżach uwielbia też wracanie.

No. To żeby liczba startów i lądowań się zgodziła :))

12:13, uparte_zwierze
Link Komentarze (4) »
wtorek, 11 stycznia 2011
wracam

Po półtora roku bez właściwego urlopu - udało się! Uzbierałam i kupiłam bilet do Salvadoru. Tym razem na miesiąc. Tym razem sama. Tym razem w środek ichniego lata i karnawału. Przewiduję dużo plaży i dużo capoeiry. Problem mam tylko jeden: nie wiem, gdzie mogę kupić teraz krem z wysokim filtrem :))

Tagi: Salvador
13:08, uparte_zwierze
Link Komentarze (9) »
piątek, 02 października 2009
gente

Bo z Salvadoru - i z Brazylii - najbardziej będzie mi brakowało ludzi. Ludzi ciepłych, wręcz gorących, wydawałoby się, że z problemami, ale wiecznie uśmiechniętych i... szczęśliwych. Ludzi, którzy ciągle słuchają muzyki*, ciągle ją tworzą, ciągle na nią reagują. Którzy idą na plażę i fruwają w powietrzu.

I oczywiście - nie są idealni.

Mówi się, że Brazylijczyk zawsze zdradzi. My, polskie kobiety, raczej im nie ufamy. I, no cóż, nie można temu odmówić racji.. Bo co prawda u nas też zdarzają się różne historie rodem z brazylijskich, nomen omen, seriali, ale u nich jednak BARDZIEJ. Wiąże się to też z tym, że edukacja seksualna nie jest na zbyt wysokim poziomie i często bardzo młode osoby przypadkowo mają dzieci. Są wyjątki, oczywiście, ale to są jedynie wyjątki..

Były też momenty niemiłe. Nie znosiłyśmy tych poświstów i "gringas". Czasem byłyśmy komentowane, głośno i dobitnie. Z drugiej strony chyba nigdy jeszcze nie czułam się tak, hmm, podziwiana. Nigdy się mną tak nie zachwycano. (Każdej kobiecie z niską samooceną powinno się fundować dwutygodniowy pobyt w Salvadorze :)))

Przed wyjazdem mówiono mi, że wszyscy tam się bardzo cieszą, gdy słyszą, że mówimy po portugalsku. Nie do końca jest to prawda - capoeiriści, którzy przyjeżdżają na Pedra Furada, czy Nordeste z reguły mówią po ichniemu, rzadziej się zdarzają ci, którzy nie mówią. Ale np. już na Mercado Modelo faktycznie sprzedawcy byli raczej zaskoczeni, gdy potrafiłam wydukać tych parę zwrotów. Raz dostałam nawet prezent - maleńką zawieszkę orixa :))

Są pełni paradoksów: mieszkają w zniszczonych i - nie oszukujmy się - obskurnych domach, ale w każdym jest telewizor, nierzadko dvd. Niemal wszyscy mieli komórki lepsze ode mnie. Jednocześnie uważają, że to my mamy kasę, bo do nich przyjeżdżamy - nie wyobrażają sobie, że czasem zajmuje nam dużo czasu, żeby na taką podróż uzbierać.

Kobiety ubierają się bardzo odważnie. Bez względu na rozmiar, czego jestem fanką :))) Obcisłe minispódniczki i minispodnie, obcisłe bluzki, często z poodsłanianymi plecami i mikroskopijne bikini. I nieprawdopodobne tyłki... Nie to, że grube. Duże. Wystające. Zresztą mężczyźni też mają wystające zadki, muszę przyznać, że byłam tym zafascynowana (i zachwycona :))) Poza tym mężczyźni częściej mieli cudne, umięśnione ciała. Nie powiem, żeby to był powód do narzekania :))

Prawie w ogóle nie palą! Podobno jakiś czas temu przeprowadzono w Brazylii potężną kampanię antynikotynową - i poskutkowało. Najmocniejsze papierosy są takie, jak u nas lighty, a ja często musiałam się ukrywać z paleniem, bo znajomi mnie za to ganili..

A poza tym są w zasadzie tacy sami, jak my. Tylko szerzej i częściej uśmiechnięci :))

Na Copacabanie:






Przechodnie na Pelourinho:


I na Pedra Furada:

Na rody można normalnie przyjść i popatrzeć. Czasem z całą rodziną :))

Ziomki z dzielni, z Pedra Furada:

Fruwający Saci.


Macaco i Feijao.


Fotka zbiorcza po sesji porannej sobotniej. Ech..
(Z samej lewej - mestre Zambi.)

Z ziomkami z Nordeste za to fajnie się chilluje i plażuje..

Paris, Ceci i żona Chiquito. Taras u mestre Trairy.


Chiquito z kręconymi włosami WSZĘDZIE i Ceci. Taras j.w.


Dziewczyny i Muzenza. Plaża Paciencia.


Dinozaur e mua. E piwko.


Jak pisałam wcześniej - niewiele między nami różnic. Też lubią robić głupie dowcipy :))
(Foto by Paris)


Muzenza i Kasia. (Foto by Paris)


Alan (prof. tym razem NIE capoeiry, tylko matematyki :)) i Chiquito. (Foto by Paris)


Mój ulubiony Dinozaur :)) (Foto by Paris)

No i papierosy. W ramach kampanii antynikotynowej na paczkach umieszczone są obrazki pokazujące skutki palenia. Ten jest mój ulubiony :))

Tłumaczy parę zagadek z przeszłości :))))

 A na sam koniec został już tylko ten widok..

Gdy robiłam to zdjęcie, miałam gęsią skórkę na przedramionach i gulkę w gardle..


*Stały widoczek: knajpa na powietrzu, rodzina i/lub przyjaciele siedzą przy złączonych stołach, obok stoi samochód z otwartym bagażnikiem, który służy za przenośną wieżę :))) Muzyka jest tam WSZĘDZIE. Czasem aż zbyt głośna..

12:05, uparte_zwierze
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 28 września 2009
bo tu żyje się tak - obrazki z Salvadoru


Widok z deptaka w stronę fortu, plaży i Umaita.

Cypel o zachodzie. (Wyobraźcie sobie, że przesunęłam aparat trochę w prawo w stosunku do poprzedniego zdjęcia. I trochę oddaliłam.)

Morze o zachodzie.

Pedra Furada po zmroku.

Fort Monte Serrat po zmroku. W zasadzie nie wiem, czemu nie sfotografowałam kościoła Igreja de Bomfim. To najsłynniejszy kościół w okolicy i punkt charakterystyczny dla przyjezdnych. Jeśli chcielibyście kiedyś trafić na Pedra Furadę, to musicie właśnie tam wysiąść (onibus na Bonfim lub Ribeira), a potem iść wiaduktem w górę, a potem skręcić w prawo, a potem w lewo i... w zasadzie już :))

Fort za dnia. Sobota, godzina 8.23 rano.....

Na deptaku życie toczy się...

...toczy się...

...toczy się... (Choć to akurat nie na deptaku. Tak gwoli ścisłości.)

...toczy się.

Morze nocą z morzem.

Morze nocą bez morza.

Morze za dnia bez morza.

W takich warunkach można pokopać piłkę :))

Nasza plaża, Boa Viagem. Widok w kierunku fortu.

Nad Salvadorem rozpętała się wtedy ulewa...

Nasza mukekodajnia.

Moqueca de marisco. Z płaszczki była lepsza.

W knajpie obok dawali za to fantastyczne caldo de sururu.

Nasza ulubiona hamburgero-  i soczkodajnia. (Foto by Dinozaur. Jak się chłopaczyna dorwał do aparatu, to strzelał do wszystkiego. I bardzo dobrze :))

W ciągu dnia - ciężko pracujemy. Akademia mestre Bamby.

Znaczy, kto pracował, ten pracował :/

Trening wieczorny...

...jak w zakładzie karnym :))

Tymczasem pomagam chłopakom ze zdjęciami. W tle - fort.

Zdjęć właściwych pokazać nie mogę, ale próbne to nie problem. W tle - Umaita.

Paciencia... Jedna z ładniejszych plaż.

Można się kąpać (ale ostrożnie, bo fale, choć niepozorne, są bardzo silne).

Można leżeć. (Foto by Dinozaur.)

Można też - wzorem Rabico i Saciego - fruwać w powietrzu :)) (To już nasza plaża, Boa Viagem.)

Wieczorne rozrywki były bardzo różnorodne... (Foto by Dinozaur.)

Salvador, Salvador z autobusu.

Salvador i kreatywne podejście do malowania ściany.

Salvador z autobusu. Trzęsło.

Salvador z dacho-tarasu. Kościoły były WSZĘDZIE.

Salvador, Salvador, okolice naszej hamburgerodajni.

13:10, uparte_zwierze
Link Komentarze (6) »
bo tu żyje się tak

(Tu, czyli tam. Zapiski częściowo z notesu.)

W zasadzie tutaj nie można się nudzić. (To znaczy można, ale raczej rzadko.)
No bo tak: wstaje się rano, trzeba skoczyć do sklepu, bo bez przerwy kończy się woda. (Przestała się kończyć, jak kupiłyśmy 25l baniak do dystrybutora.) Na śniadanie witamina - zmiksowane banany z otrębami i mlekiem. Czasem można jeszcze zagryźć kanapką. Od razu trzeba po sobie posprzątać, bo inaczej przyjdą mrówki. W zasadzie bez przerwy trzeba po sobie sprzątać.
Od rana większość kobiet tutaj sprząta mieszkania - nie wiem, co w tym czasie robią mężczyźni, część pewnie łowi ryby, część sprzedaje je od razu na deptaku na Pedra Furadzie, część pewnie ma pracę na mieście. A część pewnie śpi :)) W tym samym czasie mniej więcej nasza pani z jadłodajnie nastawia moqueca - potrawkę z płaszczki (de arraia) lub małych ślimaczków (de mariscos) duszonych z warzywami w mleku kokosowym i oleju dende. (W zasadzie można wsadzić do środka dowolne ryby i owoce morza, ale u nas były akurat te dwa. A do tego podawano oczywiście fasolę. Ryżu już nie prosimy, bo i tak nie dojadamy, takie tu są porcje..)
Potem to różnie. Albo jakiś trening, albo plaża, albo miasto, albo kombinacja powyższych. A czasem pranie w zlewie z tarą.
Na dzielni życie toczy się na ulicy. Co chwilę są mikre niby-knajpki, rodzinne biznesy, gdzie popija się piwo ze szklaneczek i np. gra w domino. Gdy przechodzimy, co chwilę się witamy - bom dia (przed południem), boa tarde (popołudniu), boa noite (wieczorem) - lub odpowiadamy - boa. Oni tu wszyscy bardzo mili i otwarci są - ale głównie na samej Pedra Furadzie - dalej częściej spotykamy się z zaczepkami, świstaniem (wydają takie swoiste psssiu!) i "gringas"..
W ciągu dnia widzimy czasem nawet pracę :)) Głównie mycie aut i motocykli - co jak co, ale są zawsze czyste.
(Jazda autem, czy onibusem to osobna historia... Jedno polecam, jeśli będziecie mieli okazję: jazdę motocyklem. Poproście Dinozaura, na pewno Was przewiezie :))
Na mieście, jeśli nie ma święta, życie wre. Wszędzie. Ludzie chodzą, kupują, załatwiają, bez przerwy uważając na auta i autobusy, które przecież z racji rozmiaru mają pierwszeństwo. Wszędzie się trzeba wspinać, bądź skądś schodzić, bo Salvador to same górki-dołki. Żeby spod Mercado Modelo wjechać na Pelourinho, trzeba skorzystać z windy wybudowanej w latach 30-tych ub.w. (5 centavos za przejazd). (Jeden windziarz się we mnie zakochał :))))
Gdy zgłodniejemy, idziemy albo na mukekę, albo na jakiegoś hamburgsa, albo na caldo de sururu (gęsta zupa z krabów), albo tylko na soczek.
A soki tutaj... Och, kochani, soki są niemal nieopisywalne... Wyciskane i mielone z polpa de frutas (zamrożona pulpa owocowa) lub świeżych owoców pomarańczy (laranja), ananasów (abacaxi), papai (mamao), melona (melao), marakui (maracuja, czyt. marakuża) i ze wszelkich możliwych ich mieszanek. Ach, owoce tutaj...
A i tak rzeczą, którą po prostu TRZEBA spróbować jest acai (C z ogonkiem) - sok lub acai na tigela, acai gęste, podawane z owocami i musli. To owoc podobno podobny do porzeczki, ale w smaku podobny... do niczego, co znam :)) Jest koloru oberżyny i jest absolutnie obłędny w smaku.
Potem z reguły robimy to, czego nie robiłyśmy rano :)) Czyli albo plaża, albo trening. Albo plaża przed treningiem :)) Wieczorami też z reguły odbywają się rody - czy u nas, czy na Nordeste, czy u mestre Bamby, czy u mestre Trairy. Później wieczorami albo padamy, albo chłopacy wyciągają nas na miasto :))
Paradoksalnie - każdy dzień wyglądał inaczej. A to Suchy poprosił, żebyśmy z Anią zrobiły sesję zdjęciową dla chłopaków z Pedra Furady. (Raz, sadysta, zmusił mnie do wstania o 6.15 rano w SOBOTĘ. Ale za to po skończonej pracy czekała na mnie fantastyczna owsianka :)) A to pojechaliśmy na cudną plażę Paciencia. A to wylądowaliśmy na ulicznej imprezie i włamywaliśmy się na pomost. A to była specjalna roda pożegnalna dla Bodego i Ani. No różne rzeczy się działy.
Jedno się nie zmieniało - latawce. Wszędzie niemal (chyba tylko w ścisłym centrum ich nie było) stały dzieciaki z maleńkimi latawcami (po ichniemu - arraia - płaszczka), czasem zrobionymi z kawałka papieru, latały wysoooko, wysoko. (Latawce, nie dzieciaki.) Bo w Salvadorze prawie bez przerwy wieje wiatr. Co bardzo pomaga na pot spływający po plecach :))
No i ostatni tydzień "chodziłam" wściekła, bo w poniedziałek na treningu u mestre Bamby porobiłam sobie krwawe bąble, wdało się lekkie zakażenie i resztę treningów - jakichkolwiek - miałam z głowy..
Szczęściem uszkodzone miałam tylko stopy, a sercem i głową chłonęłam Salvador.
I wciąż się z tego miasta nie mogę otrząsnąć..



Mój pokój. Ciekawe, czy łóżko jeszcze działa...

Mój pokój z drugiej strony. Na wprost - łazienka. Po prawej - komputer z piekła rodem.

Kuchnia. Mrówek niet, bo posprzątane.

Pralnio-suszarnio-palarnia, czyli taras nr1, przykuchenny.

Widok z niego w ciągu dnia.

Widok o poranku..

Widok wieczorny..

Widok nieco w dół - to tu pierwszego wieczora na Pedra Furadzie siedziałam z Suchym i jego kaszlącymi ciotkami.

Pokój nr2 - Karoliny.

Pokój nr3 - Kasi. Z Kasią.

Widok z tarasu nr2.

Social room. Z kanapami i telewizorem. I lustrem! I Karoliną :))

Łazienka. Na zdjęciu ładniejsza, niż w rzeczywistości...

12:30, uparte_zwierze
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10